Za Naszym Dziennikiem: Wołanie katyńskich mogił i smoleńskiej polany

zdjecie

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Czwartek, 11 września 2014 (15:56)

Homilia ks. prof. Waldemara Chrostowskiego wygłoszona 10 września 2014 r. w warszawskiej archikatedrze św. Jana Chrzciciela podczas Mszy Świętej w intencji ofiar katastrofy smoleńskiej

 

Moi Drodzy!

Wysłuchaliśmy słów Jezusa Chrystusa wypowiedzianych prawie dwa tysiące lat temu do uczniów, którzy Go otaczali. Wysłuchaliśmy czterech błogosławieństw skierowanych do ubogich, głodujących, płaczących oraz pogardzanych i prześladowanych z powodu Syna Człowieczego, lecz wysłuchaliśmy również czterech „biada” skierowanych pod adresem bogaczy, sytych, beztrosko śmiejących się oraz szukających wyłącznie pochwał i uznania. Te cztery błogosławieństwa i cztery „biada” pochodzą z Ewangelii według św. Łukasza (6,20-26).

W Ewangelii według św. Mateusza mamy inną odmianę słów Jezusa Chrystusa na ten sam temat. Jego Kazanie na Górze otwiera osiem błogosławieństw (Mt 5,3-12), przeznaczonych dla ubogich w duchu, tych smutnych, cichych, łaknących i pragnących sprawiedliwości, miłosiernych, czystego serca, wprowadzających pokój oraz cierpiących prześladowania dla sprawiedliwości. Nasuwa się pytanie: którą z tych dwóch odmian wypowiedział Jezus Chrystus do swoich uczniów – osiem błogosławieństw, jak podaje Ewangelia według św. Mateusza, czy cztery błogosławieństwa i cztery „biada”, jak podaje Ewangelia według św. Łukasza? Odpowiedź brzmi: jedną i drugą. Jezus nauczał przez trzy lata i przez trzy lata poszukiwał wciąż nowych uczniów, niestrudzenie powtarzając słowa swojej Ewangelii. Zapewne wiele razy przypominał również błogosławieństwa, zarówno osiem błogosławieństw, jak też cztery błogosławieństwa i cztery „biada”. To, czego i jak uczył, zależało bowiem w dużej mierze od okoliczności, sytuacji i słuchaczy, do których przemawiał, oraz od tego, co chciał w danych okolicznościach powiedzieć, przypomnieć, podkreślić i uwypuklić.

Katyń i Smoleńsk

Dzisiaj gromadzimy się kolejny raz, by upamiętnić dramat, który wydarzył się 10 kwietnia 2010 roku na przedmieściach Smoleńska. Nasuwa się podobne pytanie: jak mówić o tym, co się wtedy stało, skoro znowu spotykamy się w tej czcigodnej świątyni, w bliskości grobu wielkiego Prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego, oraz przy udziale tysięcy osób, które za pośrednictwem Radia Maryja i Telewizji Trwam nas słuchają i oglądają, nie tylko w Europie, lecz i w różnych częściach świata? Jak raz jeszcze mamy wyrazić to, co nas łączy, wydobyć to, co w dzisiejszym przeżywaniu owego dramatu jest najważniejsze?

Chciałbym powiązać 10 kwietnia 2010 roku z innym dziesiątym dniem miesiąca, a mianowicie 10 lutego 1940 roku. W kontekście tej drugiej daty, również ta pierwsza, z 2010 roku, nabiera właściwego wymiaru i głębi. 10 lutego 1940 roku rozpoczęły się, zarządzone i realizowane przez NKWD, wywózki Polaków na Sybir, do Kazachstanu i w inne rejony Związku Sowieckiego. Tego dnia rozpoczęła się gehenna setek tysięcy, a może nawet ponad miliona naszych rodaków, wywożonych z Kresów w przepastne obszary mrozu i zimna, a nade wszystko bólu, samotności i rozpaczy. Symbolem tej gehenny, bolesnej martyrologii i związanych z nią cierpień jest Katyń. Tym lepiej zrozumiemy i będziemy przeżywać dramat smoleński z 2010 roku, im bliżej umieścimy go Katynia oraz im bardziej powiążemy go z gehenną i cierpieniami Polaków, którzy cierpieli i umierali za wierność Ojczyźnie i wierze katolickiej. Chciałbym dzisiejszą refleksję osnuć wokół trzech swoich pobytów w Katyniu, aby przez osobiste świadectwo ta refleksja jeszcze głębiej przemówiła do naszych sumień, pamięci, świadomości i wyobraźni.

Na polu śmierci

Pierwszy raz stanąłem na katyńskim cmentarzu 4 października 1989 roku. Był to jeszcze czas Związku Sowieckiego. Udaliśmy się tam z pierwszą pielgrzymką Rodzin Katyńskich. Nawet chyba wtedy oficjalnie się tak jeszcze nie nazywały. Byli to synowie i córki, wnuki, a także bracia i siostry oraz inni bliscy tych, którzy w 1940 roku zginęli w Katyniu. Podróż prowadziła przez Mińsk na Białorusi pod Smoleńsk. Odbywała się w rosyjskie jesienne ponure dni, naznaczone półmrokiem, mgłami, chłodem i deszczem. Podczas tej pielgrzymki towarzyszyła nam w autokarze cisza, przerywana modlitwą różańcową, wspomnieniami i od czasu do czasu cichym płaczem. Gdy dotarliśmy na miejsce, w Katyńskim Lesie panowała przytłaczająca cisza. Odnaleźliśmy ślady grobów oraz napis informujący po rosyjsku, że zbrodni dokonali hitlerowcy, a wtedy pozostał już tylko płacz, poczucie bezsilności i bezradności, a zarazem nadzieja, że może i powinno być inaczej.

Drugi raz stanąłem w Katyniu 11 sierpnia 2010 roku, również z pielgrzymką. Zastaliśmy zadbany cmentarz, odnowiony dzięki staraniom śp. Andrzeja Przewoźnika. Były już napisy po polsku, lecz uderzała ta sama porażająca cisza. Była wspólna Msza Święta przy głównym ołtarzu pośród mogił. Była także modlitwa, wspólna i osobista. Wiedzieliśmy jednak, że jest to pierwszy etap naszej obecności, bo drugi ma się odbyć w pobliskim Smoleńsku. Po dramacie 10 kwietnia okoliczności były już odmienne niż wcześniej.

Udaliśmy się więc na zachodnie przedmieścia Smoleńska. Niełatwo było odszukać miejsce katastrofy rządowego samolotu. Gdy autokar zatrzymał się na stacji benzynowej, betonową drogą szliśmy na miejsce dramatu. Niewielkie pole wtedy, cztery miesiące po katastrofie, było usłane setkami, jeśli nie tysiącami, drobnych szczątków samolotu, ale nie tylko szczątków… Widoczny był także niewielki fragment samolotu wbity w pień brzozy. Odmówiliśmy modlitwę różańcową, patrzyliśmy na miejsce śmierci naszych rodaków oniemiali i bezradni. Potem poszliśmy w stronę lotniska, widzieliśmy wieżę kontrolną, o której tak wiele się wówczas mówiło, a następnie był spacer w kierunku głównej drogi, prowadzącej ze Smoleńska do Witebska. Tam, w jej pobliżu, kilkaset metrów od miejsca katastrofy, leżał pod drzewem wieniec i znicze, bo wierzchołki drzew, które tam rosły, były ścięte przez upadający samolot. I znów modlitwa. Znów przejmująca cisza. I znów nadzieja, że nie zostanie to wszystko w takim stanie, w jakim je oglądamy.

Kaźń w lesie

Trzeci raz byłem w Katyniu i Smoleńsku z pielgrzymką nieco ponad miesiąc temu – 6 sierpnia 2014 roku. Najpierw w drodze z Witebska do Smoleńska, gdy przekroczyliśmy granicę białorusko-rosyjską, przeczytaliśmy opis katyńskiej kaźni. Posłuchajmy teraz tego opisu, którego autorem jest Allen Paul:

„Jeńcy wysiadali z pociągu w grupach trzydziestoosobowych, wprost do podstawionego przez NKWD pod drzwi autobusu więziennego, zwanego »czarnym krukiem«, do którego wchodziło się od tyłu. Autobus kursował tam i z powrotem pomiędzy stacją a lasem na południowy zachód od głównej drogi ze Smoleńska do Witebska, jechał niespełna 4 km prosto, po czym skręcał w lewo w krętą zarośniętą dróżkę prowadzącą na południe w stronę Dniepru. Cała ta leżąca w dolinie rzeki zadrzewiona okolica, od Smoleńska po osadę Katyń, ok. 5-6 kilometrów od stacji na zachód, nazywana była przez miejscowych Lasem Katyńskim. Przy końcu owej dróżki, w odległości ponad kilometra od głównej drogi, nad rzeką znajdowała się dacza, dom wypoczynkowy »Zameczek«, wybudowany przez NKWD w 1934 roku. Po prawej stronie, mniej więcej w połowie drogi pomiędzy szosą a »Zameczkiem«, leżała niewielka polana; tam na nowe ofiary czekały duże odkryte doły. […] Na tej polanie na skraju wspólnych mogił, wykopanych głęboko w suchej, piaszczystej glebie, zadawano im seryjnie gwałtowną śmierć. Polscy oficerowie musieli uklęknąć nad krawędzią dołu i strzelano im w tył głowy z bliskiej odległości, prawdopodobnie z niemieckich pistoletów Walther kaliber 7,65 milimetra. Samopowtarzalne walthery uważano za najlepsze pistolety policyjne na świecie. Część ofiar mogła zostać wepchnięta do wykopanych jam lub nawet przed rozstrzelaniem zmuszona do położenia się na ciałach leżących już w grobie. Wielu młodszych oficerów stawiało opór i zostało kilkakrotnie przebitych bagnetami. Najbardziej makabryczną śmierć zgotowało NKWD tym, których najtrudniej było okiełznać. W ustach mieli trociny, zostali zakneblowani, na głowy zarzucono im płaszcze, ściągnięte sznurem na szyi. Ręce ciasno skrępowano im na plecach i podciągnięto ku barkom w ten sposób, że pętla na rękach łączyła się z pętlą na szyi. Niewątpliwie wykonawcy tej zbrodni traktowali ją z bezwzględną obojętnością i byli tak skuteczni, że »czornyj woron« mógł kursować ze stacji do lasu i z powrotem co 35-40 minut. Kiedy kierowca wracał na stację, pozostali na miejscu enkawudziści starannie układali zwłoki jak kłody drewna na ciałach leżących już w grobie. Całkiem możliwe, że członkowie zespołu egzekucyjnego sami zostali zlikwidowani w połowie maja, gdy wypełnili swoje zadanie” (Allen Paul, Katyń. Stalinowska masakra i tryumf prawdy, przeł. Z. Kunert, Warszawa 2006).

Zginęli, bo byli Polakami

Czytaliśmy ten opis w drodze do Katynia. A gdy tam dotarliśmy, szliśmy powoli do głównego ołtarza, wśród mogił, gdzie sprawowałem Mszę Świętą. A potem spacer wzdłuż długiego muru z tabliczkami, na których umieszczono nazwiska pomordowanych przez NKWD żołnierzy polskich. Czytaliśmy te tabliczki. Bliskie mi są zwłaszcza dwie. „Ppor. Tadeusz Chrostowski, ur. 21 XI 1899, Karolin, powiat baranowicki, ziemianin”. I druga: „Por. Tadeusz Chełchowski, ur. 25 III 1902, Rzekuń, powiat ostrołęcki, nauczyciel”. Mogę powiedzieć, że i ten drugi był w pewien sposób dla mnie drogowskazem do Katynia. Od dziecka, ponieważ wychowałem się w Chrostowie nieopodal Rzekunia, słyszałem o rzekuńskim nauczycielu, który zginął w Katyniu. We wspomnieniach o nim zwykle zapadała na kilka chwil cisza. Gdy więc można było go uczcić i upamiętnić tam, na miejscu, okazało się, że i moje życie zatoczyło pewien krąg.

W Katyniu zginęli ci, którzy za polskość zapłacili najwyższą cenę. Zapłacili cenę własnego życia za Cud nad Wisłą w 1920 roku i zdradziecki pakt Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku. Ustalono wtedy, że Polska miała być wymazana z mapy. Nasi bohaterowie zginęli, bo byli Polakami, jako ofiary zaplanowanej na ogromną skalę eksterminacji Narodu Polskiego, podjętej przez międzynarodowych socjalistów, to jest komunistów, oraz przez narodowych socjalistów. Katyń to zbrodnia komunistyczna wpisująca się w długi łańcuch potwornych zbrodni bezbożnej ideologii, która pochłonęła życie dziesiątków milionów niewinnych ludzi.

Mgła kłamstw

Z Katynia udaliśmy się na przedmieścia Smoleńska. Przy szosie witebskiej znajduje się ta sama stacja benzynowa, ale obok niej jest znacznie ciaśniej niż cztery lata temu. Brakuje jakiejkolwiek informacji lub drogowskazu ku miejscu dramatu. Prowadzi tam ta sama droga wyłożona betonowymi płytami, zaś z daleka jest widoczny drewniany pomost pomalowany na szaro, przeznaczony do okolicznościowych oficjalnych wystąpień. Zachowały się dwa pnie brzozy, ale wiele drzew zostało usuniętych. Pole, na którym rozbił się samolot, jest porośnięte chwastami i metrowymi krzewami. Wszystko zostało ogrodzone prowizoryczną siatką i nie można już pójść w stronę lotniska, gdzie znajduje się wrak samolotu.

Obok płotu leży duży kamień, a na nim cienka szarfa biało-czerwona, zostawiona zapewne przez harcerzy, oraz wyraźne ślady tablicy, która nie mogła tam wisieć jeden dzień czy tydzień, ale znacznie dłużej, bo ślady po niej są dobrze widoczne i trwałe. W jej pobliżu było trochę wygasłych zniczy i kwiatów wypłowiałych w sierpniowym słońcu. Nie widać innych śladów dramatu sprzed czterech lat. Również przy drodze smoleńsko-witebskiej, gdzie kiedyś układano wieńce i znicze, obecnie nie można tego zrobić, bo nie ma tych drzew – zostały wycięte. Obok stacji benzynowej w ciągu niedługiego czasu powstały sklepy handlujące samochodami różnych marek.

Tak po czterech latach wygląda miejsce smoleńskiego dramatu. Nie ma pomnika ani nawet symbolicznego uczczenia jego ofiar. Nie ma go w Smoleńsku, bo podobno być go tam nie może, ale nie ma go również w Warszawie. Katyń i Smoleńsk – dramat z 10 kwietnia 2010 roku nabiera właściwego znaczenia i wymowy, gdy mocno powiążemy go z tym, co go poprzedziło w 1940 roku. Ci, którzy zginęli w samolocie, lecieli, aby uczcić bohaterów zamordowanych w Katyniu. Lecieli do Katynia w naszym imieniu. Gdy zginęli, została tam, na smoleńskiej polanie, teraz zarośniętej chwastami, cząstka każdej i każdego z nas. To dlatego ci, którzy zginęli, nie mogą popaść w niepamięć. Tak jak nie popadli w niepamięć bohaterowie, którzy zginęli w Katyniu. Przez długie lata wołały o sprawiedliwość katyńskie doły, a od czterech lat woła również o sprawiedliwość smoleńska polana. Niepamięć o tym cierpieniu upokarza i niszczy wszystkich Polaków. Nad smoleńskim dramatem unosi się, a nawet coraz bardziej gęstnieje, mgła kłamstw, niedomówień, przeinaczeń, półprawd, fałszerstw, lichej propagandy, bezkarności, arogancji i pychy. A może w tej gęstej mgle należy upatrywać odbicie obecnego stanu polskiego życia politycznego i społecznego?

Podejmijmy ich testament

Jesteśmy dzisiaj tu, w katedrze warszawskiej, oraz wszędzie tam, gdzie łączymy się z tą katedrą, i niestrudzenie będziemy stać na straży pamięci. Taki jest nasz obowiązek. Bo taki jest testament tych, którzy polegli w 1920 roku. Taki jest testament tych, najczęściej bezimiennych, którzy będąc Polakami, ginęli w latach 20. i 30. XX wieku represjonowani, mordowani, okrutnie zabijani i prześladowani przez komunistycznego oprawcę w sowieckich katowniach. Taki jest testament tych, którzy zginęli w Katyniu. Taki jest testament tych, którzy swoimi ciałami użyźnili Syberię, Kazachstan i dalekie połacie Związku Sowieckiego. Taki jest testament tych, których bestialsko i niemiłosiernie mordowali niemieccy, narodowosocjalistyczni oprawcy. I taki również jest duchowy testament tych, którzy przeszli na drugą stronę życia na przedmieściach Smoleńska.

Stoimy na straży pamięci z myślą o teraźniejszości i przyszłości. Wbrew wszystkim, którzy chcą nas upokorzyć i tę pamięć sponiewierać. Pamięć znajduje wyraz w cierpliwej wytrwałości, której pokarmem jest wierność. Wierność to jeden z najważniejszych przymiotów Boga. Dlatego w wierności stanowiącej pokarm dla ustrzeżenia pamięci o naszych bohaterach znajduje też wyraz nasze pragnienie naśladowania Boga.

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Nasza Codzienna Prasówka, wprowadziła Mirka Zielińska. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Za Naszym Dziennikiem: Wołanie katyńskich mogił i smoleńskiej polany

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s