PIELGRZYMKA NA BEATYFIKACJĘ

To była piękna, choć bardzo wyczerpująca pielgrzymka. Do Rzymu dotarliśmy zgodnie z planem, 01.05.2011r. Architektura Włoch podobna jak u nas, śmieci też podobne, tylko ta wspaniała, podniosła atmosfera – to było najpiękniejsze, wszędzie było słychać buongiorno! Wśród tych, którzy nam służyli, byli też polscy harcerze – tak jak bym widział służącą nam na co dzień Panią Wawę . Przeszliśmy ok. 200 metrów i zaczęło się: tłok, w którym już straciliśmy kontrolę nad byciem razem, jeszcze tylko my zostaliśmy w gronie swojego przedziału. Nasza mała grupka, w której byli: Wiesiek, Hortensja, Ewa, Ela, Stenia, Sabina i Grażyna jeszcze trzymała się razem. Doszliśmy w takim składzie do mostu rzeki Tyber, tam było już inaczej – wszyscy zgromadzeni leżeli pokotem, gdzie kto znalazł miejsce, nie było praktycznie skrawka wolnego metra aby położyć koc czy śpiwór. Staliśmy w tłoku, dwie nasze panie, Ewa i Hortensja wymyśliły, że znajdą lepsze dojście do bramy św. Piotra i dlatego od nas się oddaliły. Nie pomogły żadne argumenty, poszły i koniec. Trudno, tak musiało być, dla przeżycia innych wrażeń niż nasze.

Rozglądaliśmy się za miejscem „noclegowym”, ale nie było szans. W pewnym momencie okazało się, że wszyscy naraz wstali i proszę sobie wyobrazić, – choć zapewne będzie to bardzo trudne – otóż zwijanie i pakowanie się tego wielkiego tłumu trwało nie więcej niż 15 sekund, prawie jak najszybszy expres świata. Wszyscy szli do przodu, kto słabszy w pakowaniu, to mało co nie został stratowany, a o rzeczach osobistych mógł w tym momencie zapomnieć, to straszne, bo tłum rządzi się własnymi prawami. Tłum porwał nam Sabinę, smutno się zrobiło, ale szliśmy dalej i dotarliśmy do pierwszej z 11 latarni. Widzieliśmy już z daleka Bazylikę św. Piotra, dojście do tej pierwszej latarni oddzielała ulica, na której pozostali Wiesio, Grażyna i Ela. Mnie ze Stenią udało się przedostać na drugą stronę, a było to o tyle ważne, że po naszej stronie wszyscy kładli się spać, pod gołym niebem, po prostu na ulicy. Była 1:30, gdy zasnąłem, nie wiem ile spałem, ale o 3:00 nad ranem była pobudka, chcieliśmy w expressowym tempie spakować rzeczy, nie udało się, ponieważ koc i śpiwór pakowałem już w locie. Mimo mojej potężnej postury, dałem radę szybko wstać, choć wcale nie było łatwe. Stenia na ile mogła, dzielnie mi pomagała zapakować te rzeczy.

W ciągu paru sekund, Wiesiek, Grażyna i Ela dołączyli do nas i znowu byliśmy razem. W tłumie dotarliśmy do ostatniej 11 latarni, potem już tylko staliśmy i czekaliśmy na otwarcie bramek wejściowych, które trzeba było zaliczyć poprzez obejście dookoła Bazyliki, a to sprawiło dodatkowe umęczenie. W tym czasie śpiewano w różnych językach pieśni: „Barkę”, „Kiedy ranne wstają zorze”, „Czarną Madonnę”, „Abba Ojcze” i inne. To bardzo przejmujące, kiedy Hiszpanie zaczęli śpiewać „Barkę” a Polacy przejęli pieśń – „Jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy” Polaków było najwięcej, byliśmy górą sercadla Bł. Jana Pawła II, na pewno był z nas dumny, Czekał na nas, bo uprosił piękną pogodę, choć wszyscy straszyli, że będzie padać, wiać. Pogoda była wyrazem miłości Jana Pawła II do nas, a na w trakcie samej beatyfikacji nie było żadnej chmurki nad Bazyliką. Nie sądziłem nigdy, że będę miał tę sposobność znaleźć się u bram Watykanu. O godz. 5:30 zaczęto nas wpuszczać. My o 6:30 zajęliśmy miejsce blisko fontanny, był to bardzo dobry punkt do przeżywania tak wielkiego wydarzenia. Właśnie w tym momencie zauważyliśmy Stasia od Krzyży, jaka nieoceniona radość z tego spotkania, tym bardziej, że KRZYŻ z nr 96 był przygotowany jako Dar Ołtarza, ale o tym w osobnym opisie.

Na placu było nas bardzo dużo, na tyle, że nie było szans wyjścia, jednak ok. godz. 8:30 zmuszony byłem oddalić się. Wszyscy mnie ostrzegali, że nie będzie szans na powrót w to miejsce i to jest prawda, było to bardzo trudne, ale udało się trzema słowami: GRATIAS, PRZEPRASZAM, AMEN, inne słowa mi nie przychodziły do głowy, większość się uśmiechała, głównie Polacy i mnie przepuszczała. Całe szczęście zdążyłem tuż przed Mszą Świętą Beatyfikacyjną.

Nieopisana radość nastąpiła, kiedy był przeczytany akt beatyfikacyjny. Radość, oklaski, zapłakane oczy ze wzruszenia, moje też. To odczucie jest niesamowite i niepowtarzalne. Bogu dziękujmy za dar Bł. Jana Pawła II, Ducha nie traćmy, jak mamy tak Wielkiego w Niebie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Inne, wprowadził Jacek z Ochoty (Jacek Sowiński). Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s